poniedziałek, 7 października 2013

"W cieniu Sheratona" Ireneusz Gębski (77)


Dzisiaj zabiorę Was w podróż do Anglii...
Żyłam w Anglii 3 lata i 3miesiące. Wróciłam do Polski w grudniu 2008 roku. Dlaczego Wam o tym piszę? Bo poczułam się jakby ta książka była właśnie o mnie. Opowiada ona o rodakach, którzy wyjechali do Anglii za pracą, którzy próbują odnaleźć się w nowej rzeczywistości i w niej żyć.
Jurek i inni pracują w restauracji i hotelu Sheraton. Kiedyś dorabiałam nadgodziny na zmywaku w pizzerii Papa John's. Jejku, jaka to była straszna i ciężka praca i te NEVER-ENDING stosy brudnych talerzy. Brrr;) Więc naprawdę potrafię się wczuć w przeżycia tych postaci.
  
Czytając o ich codzienności, o pracy, domu, odrzuconych miłościach odbiorca zdaje sobie sprawę, że ten utwór jest bardzo realistyczny.
Przygody bohaterów są typowe dla tych, jakie przeżywają nasi rodacy żyjący za granicą i są bardzo ciekawe. To wyjątkowo interesująca lektura dla kogoś, kto nigdy nie przebywał za granicą w celach zarobkowych. Można się przekonać, że życie w UK to nie piękny, niekończący się sen, ale i harówa i normalność i trwanie.

Rzeczywistość bohaterów jest momentami zabawna, czasami zmusza nas do refleksji nad światem, ludźmi, nowym otoczeniem, radzeniem sobie z przeciwnościami losu. Książka ukazuje jak nasza egzystencja potrafi się zmieniać, nic nie jest na stałe i na zawsze. Życie w każdym momencie potrafi nas zaskoczyć, a my musimy starać się do niego dostosować tak, żeby przeżyć, aby udało się płynąć z nurtem, żeby jakoś sobie poradzić. Dostrzegłam tutaj ulotność, należy się cieszyć każdym momentem, bo życie składa się z takich migawek, obrazów, przebłysków, które żyją w nas, ogniskują, tworzą z nas od nowa kogoś innego, doświadczając  od początku. Wzbogacamy się duchowo i wtedy jeszcze bardziej doceniamy dni pełne beztroski.
Spotykamy się tutaj z wieloma angielskimi słówkami typu: staff, landlord, Primark (coś jak Pepco), shift, part-time, supervisor i wiele innych, które przyprawiały mnie o uśmiech. Teraz, po latach, wspominałam je z rozrzewnieniem.
Brakuje mi czasami Anglii, także jej dziwności, odmienności i konserwatywności. Wszystko to jest właśnie opisane w książce. Pamiętam lewostronny ruch i uczucie, że ZARAZ ZWARIUJĘ!!!, w momencie kiedy wjeżdżałam po raz pierwszy na angielskie rondo i wszystko wydawało się być pod prąd.
Zadziwiały mnie automaty we "flatach", które włączają prąd, kiedy wrzucisz monetę. Włożysz funta - to prąd jest, nie włożysz - to lodówka pływa i przewracasz się w ciemności.
Konserwatyzm Anglików możemy dostrzec patrząc na:
-dwa krany z lodowatą i wrzącą wodą (i za tym zdecydowanie jednak nie tęsknię!)
-gniazdka i wtyczki z trzema bolcami.
Wielka Brytania różni się wieloma rzeczami i zjawiskami od Polski, choćby tym, że wszędzie czuć zapach oleju z barów fish&chips (o dziwo niektórzy go lubili !???!).
Morze Północne w Skegness, czy Morze Irlandzkie w Blackpool są przepiękne, ale diametralnie inne od naszego Bałtyku - odmienny zapach i kolor. 


Co mnie urzekło, to spostrzegawczość autora. Potrafił on umiejętnie wyłuskać różnice w zachowaniu i kulturze Polaków i Anglików. Polak musi się pokazać, zaszpanować zachowaniem, przechwałkami, autem, sposobem na życie. Oczywiście nie wszyscy tacy są, nie myślcie, że kieruję się stereotypami, ale piszę jak mniej więcej zobrazował to autor i jak ja dostrzegłam to również żyjąc na granicą. Anglicy w tym czasie (z pewnością nie wszyscy) podśmiewają się w duchu z tych zachowań. Pamiętajmy jednak, że wyspiarze wychowali się w lepszych warunkach finansowych, niż my, więc trudno im się w nas wczuć i zrozumieć polską pogoń za pieniądzem. Wiele osób w naszym kraju, bez pracy i perspektyw ledwo wiązało koniec z końcem, a gdy dorwali za granicą troszkę "grosza", to musieli się poczuć lepiej, chcieli się podnieść na duchu, pokazać, że jeszcze coś mogą i umieją zrealizować własne plany. Więc niektórzy lubią pokazać - że im się udało, że się dorobili, że są ludźmi sukcesu. Nie oszukujmy się każdy czuje się lepiej mając więcej, niż mniej pieniędzy. Jest to dla nas wielka różnica: osoba wewnętrznie zestresowana, zastraszona rzeczywistością i tym co będzie jutro , gdy zdobędzie pieniądze zaczyna się relaksować, psychicznie wzdychać z ulgą, uśmiecha się i cieszy jak "głupi do sera" do słońca, do czegokolwiek, naprawdę nie potrzeba wtedy mieć powodu, by w środku czuć się uskrzydlonym. Niby pieniądze szczęścia nie dają, ale bez nich jest o wiele ciężej. Znam to z autopsji. Nie ma się więc co dziwić, że rodacy za granicą szaleją: samochód? - musi być, lepszy flat? - musi być, rower?- a fuj, spacer piechotką?- be! Tak to niestety bardzo często jest z Polakami. Poza granicami kraju, gdy nikt na Ciebie nie patrzy, nie ma rodziny, rodziców, którzy pouczają i strofują, puszczają im hamulce, zachowują się karykaturalnie.


" Pytanie tylko, komu pokazać? Anglikom z całą pewnością nie można zaimponować mniej czy bardziej wysłużonym autem. Może nawet w oczy nic nie powiedzą, ale w głębi ducha uśmiechną się z politowaniem, gdy zobaczą dumnego Polaczka przemieszczającego się autem na odcinku nie większym niż pół kilometra. Pozostają jeszcze rodaczki. Tak, to prawda - wiele z nich patrzy łaskawym okiem na gościa z własną furą. Im większa i bardziej błyszcząca, tym lepiej. Jak jest jeszcze do tego niezła chata - nie musi być od razu własna - to jest więcej niż pewne, że bez trudu znajdzie się chętna do grzania w niej łóżka." str.28-29

Dla niektórych życie za granicą jest mało swojskie, jest samotnością, ale zarazem zapewnia ono finansową stabilność, nawet pomimo pracy poniżej swoich kwalifikacji. Dlaczego magistrzy i doktorzy są osobami sprzątającymi, czy pomocą kuchenną? Bo dobrze zarobią w Anglii, bo ojczyzna nie jest niestety w stanie zapewnić im stabilności i dobrobytu. W Polsce jest pogoń za wyższym wykształceniem, ale nikt nie pomoże w znalezieniu absolwentom pracy, której i tak nie ma. W Anglii większość ma wykształcenie średnie, lub zawodowe i zarabia godnie, istnieje poszanowanie dla każdego zawodu. Zarówno sprzątaczka, jak i kierownik mogą żyć spokojnie i jeszcze sobie coś odłożyć, zaoszczędzić. Jakie to przykre, że takie realia nie panują i w naszym kraju.
Wychodzi tutaj także i prawda o naszym narodzie, o polskiej nietolerancji. Rodacy źle mówią o homoseksualistach: "Pedale pieprzony", o hindusach i Turkach mówią "ciapaty" lub "brudas" - co dla mnie do dziś jest totalnym szokiem, objawem chamstwa i braku poszanowania innego człowieka. Potrafią także marudzić, chociaż jest im dobrze, "strzelać fochy" na każdego, kłócić się, złorzeczyć. Ale spotykamy się również z tym, że mogą nawzajem o siebie zadbać, wesprzeć się w tęsknocie i trudnych chwilach, pocieszyć. Jest wiele tych obrazów do odkrycia...
Język utworu jest bardzo przystępny, ale nie można mylić go z prostym. Wkrada się nawet zdanie typu: "Po co zatem eskalować własne animozje?" Czułam, ze tekst był pisany męską ręką, konkretnie, bez owijania w bawełnę, bez podchodów i ozdobników.
Utwór jest bardzo intrygujący, czyta się go szybko, wciąga od początku, a odbiorca chce wiedzieć CO BĘDZIE DALEJ???
Jak to wspaniale, że ktoś porusza te interesujące tematy, ponieważ osób wyjeżdżających do UK było i jest ciągle sporo. Są oni w różnym wieku, z odmiennym wykształceniem i doświadczeniem. można ich dostrzec na wyspach niemalże wszędzie i bez problemu odróżnić - jakbyśmy mieli wypisane na czołach: POLAK. Bardzo interesujące jest to, że wielu z nas lepiej czuje się na wyspach, niż w ojczystym kraju. Tam nie jesteśmy oceniani przez otoczenie (sąsiedzi, rodzina, znajomi). W Polsce chodząc po ulicach można zauważyć, iż większość osób się na Ciebie patrzy, mierzy, ocenia (zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, gdzie każdy zna każdego). W Anglii nie dostrzega się tego wcale. Dzięki temu osoba zachowuje się bardziej naturalnie, brak w niej sztuczności i myśli typu: CO LUDZIE POWIEDZĄ JAK WYJDĘ NA SPACER W DRESACH?
Nigdzie w książce nie jest wspomniane, że miejscem, w którym odbywa się akcja jest Blackpool, ale po nazwach "Pleasure Beach" ( w którym się wspaniale bawiłam) i po Rollercoster Pepsi Max Big One - KLIK - (na którym zjeżdżałam i ze strachu o mało nie umarłam), domyśliłam się tego sama. Zabawiłam się więc w detektywa i rzeczywiście znalazłam hotel Sheraton w Blackpool. Musiałam się upewnić, po prostu musiałam - sami wiecie z pewnością jakie to uczucie, kiedy znajdziecie jakąś wzmiankę o miejscu w którym kiedyś byliście i które Was zachwyciło - tak było właśnie ze mną i Blackpool, a także wieloma innymi miejscami w Anglii.
Osobiście dziękuję autorowi, że zabrał mnie z powrotem chociaż na chwilę  myślami do UK. To była piękna, nietuzinkowa, a zarazem zwyczajna, słodko-gorzka podróż. Opowieść o życiu, sensie istnienia, o trwaniu, o dążeniu do spełnienia i szczęścia. Trzeba tylko potrafić to w niej odnaleźć. Książka szalenie mi się podobała i polecam ją z czystym sercem każdemu!


Wydawnictwo: Warszawska Firma Wydawnicza
data wydania: 2 listopada 2011
ISBN: 978-83-7805-089-6
liczba stron: 162
słowa kluczowe: anglia, emigracja, sheraton, hotel, praca
kategoria: literatura współczesna
język: polski
typ: papier
cena: 20zł
możesz kupić: TUTAJ lub TAM
data przeczytania: wrzesień 2013r.
 
Jako osoba, która hołubi wszelkie podpisy i zdobycze, pragnę pochwalić się autografem:



Za możliwość przeczytania serdecznie dziękuję autorowi - Ireneuszowi Gębskiemu.


Innymi książkami autora są:




Bardzo podobają mi się okładki tych trzech książek, wszystkie z innej bajki i wszystkie niezmiernie ciekawe i przyciągające oko.

Recenzja bierze udział w wyzwaniu:


69 komentarzy:

  1. To chyba najlepsza, najbardziej szczegółowa i obrazowa recenzja "W cieniu Sheratona" jaką dotychczas czytałam w sieci. Jestem pod wrażeniem. Książkę znam i wspominam mile, lecz dzięki tobie spojrzałam na jej fabułę jeszcze raz z całkiem innej perspektywy. Dziękuję ci za to. Gratuluje również autografu ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niezmiernie miło mi to słyszeć! Dziękuję pięknie Krysiu xx. Tak, każdy z nas z pewnością spojrzy na tą książkę inaczej i to też jest wspaniałe!

      Usuń
  2. Świetna recenzja!

    W Anglii miałam okazję pomieszkać przez krótki czas i strasznie mi sie tam spodobało. Panuje tam zupełnie inny klimat niż w Polsce, ludzie są bardziej tolerancyjni, sympatyczni. Coraz częściej zastanawiam się nad wyjazdem za pracą właśnie do Anglii, więc książka na pewno dla mnie.
    Ja również nie tęsknię za tymi dziwnymi kranami:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. haha, te krany to była totalna porażka, albo mi zęby dźwięczały z zimna, albo darłam się z poparzenia:) Teraz już nie jest tak łatwo z pracą jak to było kilka lat temu, kryzys też troszeńkę dotarł do UK, ale z pewnością jest o niebo lepiej niż u nas. Niestety...

      Usuń
  3. Bardzo dobrze wspominam tę książkę. Pomimo tego, iż nigdy nie byłam w Anglii, to autor pozwolił mi wczuć się w sytuację bohaterów, przybliżając mnie do nich. Nie ukrywam jednak, że "Moja żmija" nie porwała mnie. Natomiast na pewno sięgnę po "Spowiedź bezrobotnego".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Moją żmiję" niedługo przeczytam i sama się przekonam:) Na "Spowiedź..." mam chrapkę od dłuższego czasu;)

      Usuń
  4. Bardzo bardzo dobra recenzja, pełna szczegółów i emocji :) Widać, że Ty sama też liznęłaś tych klimatów :)
    Zawsze mnie dziwiło, ale i denerwowało, że wielu osobom wydaje się, że jeśli wyjadą za granicę, np. do Anglii, to tam jest raj, pieniądze leżą na ziemi i nic tylko je zbierać. Nie wiem, czy to naiwność?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie też naiwność, ale taka... pełna nadziei, pozytywna. Bo jeżeli jest nam źle, to liczymy jednak na coś lepszego, wspanialszego, marzymy:) I niestety później niektórzy są gorzko rozczarowani prawdziwą rzeczywistością. Dziękuję za miłe słowa kochana xx.

      Usuń
  5. Co raz częściej zdarza mi się słyszeć/czytać o tym - na razie nieznajomym dla mnie - autorze. Po Twojej recenzji myślę, że czas to zmienić i zapoznać się z twórczością pana Gębskiego.
    Autografu gratuluję - także je kolekcjonuję. Książki z autografem, ba, z imienną dedykacją, pozdrowieniami są jak małe cudeńka, własne skarby. Mam takich pozycji kilka i nie oddałabym ich za nic :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam tylko 3 autografy, ale w nich dwa wspaniałe: Twardocha i Gębskiego - w dwóch świetnych książkach:D

      Usuń
  6. Jeśli trafi się okazja, z pewnością przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. A już myślałam, że jestem z książkami "na bieżąco" a tak to muszę szukać tej i przeczytać, bo mnie cholernie zaintrygowałaś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zachęcam, to fajna podróż, a od nas zależy jak ją zinterpretujemy.

      Usuń
  8. Gdybym utworzyła kiedyś jakiś "top 10" najbardziej przygnębiających mnie tematów, emigracja na pewno byłaby wysoko, więc dla własnego zdrowia psychicznego będę się od tej książki trzymała z daleka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale dlaczego? To smutne, że w Polsce jest jak jest, ale ile zwiedzą świata i nabiorą nowych doświadczeń, to już tylko na plus:D

      Usuń
    2. Bo nie wszyscy wracają. Niektórzy zostają, wypowiadają się o Polsce z nienawiścią, zapominają o niej i nawet nie uczą dzieci języka... No i ja nie wyjadę, nie chcę, poza tym nie odnajdę się językowo. A wiele moich znajomych wyjedzie, zostanę sama.

      Usuń
    3. Nie spotkałam się na szczęście, żeby ktoś mówił o kraju z nienawiścią, Ale z pewnością złorzeczy się na rząd i naszą gospodarkę. Jak nie musisz wyjeżdżać, to tylko się cieszyć. Znajdziesz sobie innych znajomych, niestety z czasem znajomych jest coraz mniej i mniej... Zostają przy nas Ci najtrwalsi:)

      Usuń
  9. Ja będę miała pewnie niedługo podobną opowieść z życia wziętą tylko o wyjeździe do Irlandii... :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Irlandii północnej z Belfastem, czy południowej, kraju Irlandii z Dublinem? Mieszkałam kilka mcy kiedyś w północnej:)

      Usuń
  10. okładka spowiedzi bezrobotnego jest suuuper! gratuluję Basieńko i autografu i recenzji...urzekła mnie jak żadna inna...myślę, że to jeden z lepszych Twoich postów, a co do książki to czuję się zaintrygowana i pomyślę o niej;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy zinterpretuje ją na swój sposób, mnie ona urzekła niebywale, bo znam Anglię i ten temat jest mi bardzo bliski i miły:)

      Usuń
  11. Kurcze, właśnie uświadomiłam sobie, że czytałam Twoją recenzję z wybałuszonymi gałami i przez cały czas ze zrozumieniem kiwałam głową. A w życiu nie byłam w UK! Tak mnie sama Twoja opowieść przeniosła w tamte realia. Bardzo Ci dziękuję za taką szybką mentalną podróż. Świetnie napisana recenzja! Bardzo się ją przyjemnie czyta, no i super ze taka dokładna i obszerna! Ale w końcu nie ma sie co dziwić, byłaś tam i wiesz o czym piszesz - chciałoby się tyle opowiedzieć, pokazać inny kawałek świata, prawda? Lubię czytać takie reportażowe historie. ;) I chociaż piszesz o - jakby nie patrzeć trudnych sprawach, moze nawet bolesnych, bo kiedy sie widzi zacofanie i nietolerancje naszych rodaków za granicą, to aż serce boli. Ja ze swojego doswiadczenia mogę powiedzieć, ze dokładnie tak samo dzieje się we Francji. Tylko niestety zamiast próbować (no chociaż udawać) być lepszym niz inni (z flatem i super carem) Polacy - głównie męska część topi smutki i siebie samych w alkoholu. A potem postrzegają nas za granicą jako złodziei, alkoholików i nie dbających o siebie nierobów. :( Z resztą, panie zdarzają się też nie lepsze - pamiętam matkę i córkę - obie wątpliwych obyczajów. Wstydziłam się za nie i nie mogłam uwierzyć że to wszystko co mówia o Polakach za granicą to prawda. Ale teraz juz wiem jaka jest brutalna rzeczywistość, więc bardziej doceniam wartościowych ludzi poznanych w kraju.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I oczywiście zapomniałam - z przyjemnością nominowałam Cie kochana do Liebster Award i bardzo chciałabym zobaczyć Twoje odpowiedzi na kilka - mam nadzieje ciekawych pytań. Zapraszam: http://lustitia.blogspot.com/2013/10/liebster-award.html

      Usuń
    2. Cudna jesteś i te Twoje komentarze i te Twoje reakcje. Tak strasznie się cieszę, że jesteś taka kochana i z takim entuzjazmem podchodzisz do moich postów! Powiem Ci, że bardzo często czekam na nie, bo niegdy się po Tobie nie zawiodłam, coś mi się wydaje, że myślimy dość podobnie na niektóre tematy.
      Tak to wszystko zależy od człowieka i od tego jakie ma CHĘCI aby pokierować swoim życiem! Już do Ciebie lecę - odpowiem Ci w Twoim komentarza na liebstera. Dziękuję za komentarze pełne energii, która ładuje moje bateryjki... x

      Usuń
  12. Świetna recenzja, no i zaskoczyłaś mnie tym swoim pobytem w Anglii, z mojej paczki w Polsce zostałem tylko ja i mój kumpel, reszta w Anglii :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czemu zaskoczyłam??? :) Tak ode mnie też kilka osób porozjeżdżało się po Europie i do US.

      Usuń
  13. Gratuluję świetnej recenzji :) Nie miałam okazji wyjechać za granicę w celach zarobkowych, ale przyznaję, że bardzo zainteresowałaś mnie tą książką. Jeśli będę miała okazję, chętnie dokładniej zapoznam się z jej treścią :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zachęcam - dzięki tej książce poczujesz się jakbyś tam była sama.

      Usuń
  14. Faktycznie, dawno nie czytałam tak długiej i zarazem tak wciągającej recenzji. Sama przyjemność! Chyba dzięki Twoim przeżyciom i odwołaniom do nich ten tekst tak bardzo mi się podoba.
    Słyszałam już o tej książce, jak wpadnie mi w ręce to na pewno ją przeczytam.
    Ja też lubię bawić się w detektywa i jak coś mnie zaintryguje to sprawdzam, węszę, aż znajdę:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisałam dużo też o Norze Roberts, "Morfinie" czy "Roku 1984". Zależy co chcę przekazać w swoim wpisie, tutaj miałam sporo odczuć, bo niemalże "byłam" jednym z bohaterów:)
      Z tym detektywem, to dawno już to u Ciebie zauważyłam, bardzo pozytywna cecha.
      Autor pogratulował mi spostrzegawczości, więc jednak udało mi się trafić z miejscem wydarzeń:)

      Usuń
  15. Czytałam i polecam. Przyjemnie czytało mi się tę książkę. Wszystkie powieście Pana Irka są dobre.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niedługo przeczytam "Moją żmiję", więc się sama przekonam czy ona też jest dobra:)

      Usuń
  16. Hm, chyba jednak nie dla mnie...

    OdpowiedzUsuń
  17. Nie czytałam książek autora, a co do tej... Nie byłam nigdy w UK, ale kiedyś, w przyszłości mam zamiar to zmienić. Myślę, że wtedy mogłabym sięgnąć po tą ksiązkę i powspominać, teraz chyba nie.

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, może kiedyś się skusisz:)

      Usuń
  18. Ale to wszystko zgrabnie opisałaś, że ho ho :D Masz w swoim stylu coś czego ja zawsze zazdroszczę. O „lekkość” mi chodzi. Gdy czytam Twój tekst (recenzję lub inny, to zależy) czuję jakbyś „bawiła się wyrazami”. :) Pięknie napisane. :) :)
    Akapit o polskiej nietolerancji wyszedł Ci rozbrajająco. :P Chociaż, muszę się przyznać, że u mnie z tą tolerancją to różnie bywa. A nawiasem mówiąc mam jedną ogromną wadę, zbyt często oceniam ludzi po wyglądzie, wiem, smutne to, ale prawdziwa, no nic, staram się to zmienić. :)
    A książka to chyba jednak nie dla mnie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję pięknie za tak miłe słowa - nie spodziewałam się tego zupełnie.
      Straszne rzeczy mi o sobie piszesz, jejku, wiadomo, że zwracamy uwagę na wygląd i że piękni ludzie są zazwyczaj bardziej lubiani, i że pierwsze wrażenie na długo pozostaje w czyjejś pamięci itd. itp. ale trzeba podchodzić do tego zdrowo, nie przesadzać, nie ośmieszać. Pomyśl sama co byś czuła gdybyś miała córkę i ona oceniała wszystkich po wyglądzie - byłabyś z niej dumna? Bo ja nie. Więc staraj się kochana, bo to strasznie brzydka cecha JEŻELI NIE MA SIĘ W NIEJ UMIARU. Jak masz, to jest ok:)

      Usuń
    2. Twoja odpowiedź jest tak ... no wiesz o co mi chodzi, że aż mi wstyd :C Ale umiar mam, innych przecież nie ośmieszam. I z takiej córki nie byłabym dumna.
      :)

      Usuń
    3. To dobrze najważniejsze to umiar i nie plotkuj o innych za ich plecami, bo odbije się to może w przyszłości na Tobie, wyjdzie Ci to bokiem - Nie insynuuję, że obgadujesz kogokolwiek, ale miałam znajomą, która za plecami zjechała naszą koleżankę przy wszystkich za wygląd (to było bardzo dawno temu), ktoś tej dziewczynie to powiedział, a ona przechodziła przez to głęboką depresję, była za bardzo zakompleksiona i za bardzo się przejęła. Wszyscy się tak wkurzyli na tą gadułę, bo bardzo lubili tamtą dziewczynę (miała super charakter, ale nie należała do najpiękniejszych), że się od niej odwrócili. Do końca szkoły nie miała przyjaciół, niestety nastolatki są okrutne:P Także przestrzegam;P;D;) hehe. A tak poza tym, to z czasem się z tego wyrasta, też miałam podobnie tak jak wszyscy, ale z czasem człowiek już tak się nie przejmuje takimi "pierdołami" jak wygląd (oczywiście mówię o przesadzaniu i przejaskrawieniu takich zachowań). Najważniejsze, żeby nie być karykaturą własnej osobowości "ulepszając" się w którąś stronę.

      Usuń
    4. Jestem nastolatką, czyli jestem okrutna, no wiesz co. :P Ale innych nie obgaduję, no chyba, że ktoś zdenerwuje mnie bardzo mocno swoim zachowaniem to wtedy chodzę jakbym każdego po kolei miała wystrzelać. :D Lepiej się nie zbliżać. Tak jak dzisiaj na przykład. (Współczuję osobom, które się ze mną zadają, byłam nie do wytrzymania. :P) Miejmy nadzieję, że z tego wyrosnę, tak jak mówisz, ale chyba jeszcze nie przesadzam. Chyba. :)

      Usuń
    5. haha też miewałam takie dni, w szkole bardzo często, teraz już troszkę mniej, ale jak mnie mąż widzi taką wkurzoną i nabuzowaną, to mówi, że jestem kobieta-kaktus:D To z tej reklamy z tabletkami na uspokojenie, co wchodzi do domu kobieta zła z takimi igłami jak kaktus ahhahahaha

      Usuń
    6. To z Ciebie też taki kaktus widzę, lepiej do nas nie podchodzić czasami, przynajmniej nie bez jakiegoś zabezpieczenia, lub... kija:D hihihi

      Usuń
  19. W recenzji "W cieniu Sheratona" wspomniała Pani o wizycie w Pleasure Beach w Blackpool. Siedem lat temu też tam byłem i tak oto zapisałem wtedy swoje wrażenia w osobistym dzienniku:
    Andrzej zafundował mi za 7 funtów bilet na największy w Anglii rollercoaster (Pepsi Max Big One). Nigdy w życiu nie jechałem żadną górską kolejką, toteż nie bardzo miałem pojęcie o wrażeniach z takiej przejażdżki. Gdybym miał, to pewnie nie wsiadałbym tak ochoczo do wagonika... Mówiąc poważnie, nie mam lęku wysokości ani przestrzeni, ale na grawitację i przeciążenia nie mam wpływu. A takich właśnie doznań doświadcza się w trakcie jazdy rollercoasterem. Zaraz po starcie wagonik powoli wspina się prawie pionowo pod około 70-metrowy wierzchołek stalowej konstrukcji. W tym momencie spokojnie fotografuję (choć jest to zabronione) poszczególne elementy kolejki i panoramę Blackpool. Żarty kończą się, gdy kolejka odczepia się od wciągającego ją do góry łańcucha i siłą bezwładności spada po niemal prostopadłym do powierzchni ziemi torze. Kurczowo łapię się rękami poręczy (puszczony samopas aparat dynda mi gdzieś z tyłu głowy zawieszony na szyi), zaś nogi z całej siły wciskam w podłogę. Zjazd z prędkością znacznie przekraczającą 100 km/h trwa jednak bardzo krótko, gdyż po chwili kolejka znów szybuje do góry, choć tym razem na mniejszy wierzchołek. Potem jest jeszcze kilka pętli, w tym elementy jazdy po skosie, co pozwala zadziałać siłom odśrodkowym, dośrodkowym i wszelkim innym. Ja w każdym razie martwię się tylko o aparat i o niebezpiecznie podskakujące na nosie okulary.
    Po zakończeniu jazdy otrzymuję reprymendę od pracownika obsługi za używanie aparatu. Udaję, że nie wiem o co mu chodzi i próbuję tłumaczyć swoją niesubordynację nieznajomością języka. Wtedy okazuje się, że mam do czynienia z Polakiem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha tak, pamiętam, że nie mogłam robić zdjęć a tak bardzo chciałam... A później zdjęcia były drogie i nie wzięliśmy, poza tym wyszłyśmy ucięte i nie chyba było jakoś warto, już nie pamietam. Ja jechałam ze znajomą, mój mąż boi się panicznie i nienawidzi takich kolejek. Na szczęście siedziałam z lewej strony wagonika, choć znajoma, która jechała na tym kilka razy chciała mnie posadzić po prawej stronie, ja jakoś nie chciałam, po wszystkim powiedziała mi, że po prawej stronie jest jeszcze gorsza siła odpychania i wszystko odczuwa się bardziej intensywnie i niemalże ze zdwojoną siłą, zwłaszcza na zakrętach, które były na początku na lewo:P Jak wjechaliśmy tak wysoko, to było cudownie, widok na morze i miasteczko niebywały, chociaż trochę się bałam. Najgorszy był ten niemalże pionowy zjazd na początku, te kółka do góry zniosłam jako tako. Myślę, że odważyłabym się wsiąść po raz drugi, bo to było jednak niebywałe przeżycie, które wspominam do dziś. Ale jak wtedy wyszłam to mąż mówi, że byłam zielona na twarzy:D, nogi mi się trzęsły i mówiłam, że nigdy więcej, bo wolę umrzeć. hehe A gardło miałam tak obolałe, jak po trzydniowym weselu, darłam się w niebogłosy najgłośniej na świecie i pod gwiazdami:D Wspaniały park rozrywki! Fajnie sobie o tym tak powspominać, prawda?:) Tak, chyba kolejka kosztowała 7funtów - była chyba najdroższa ze wszystkiego, były też takie konie na które się wsiadało i jechało po torze długim i krętym w górę i w dół. Wyglądało to bardzo niegroźnie, ale o mało co nie spadłam z konia, a mąż był przerażony, takie małe dzieciaki na tym jeździły - aż mi się to w głowie nie mieści, że nikogo nie przestrzegali, a nie było pasów bezpieczeństwa, jechałeś i tyle:) :)

      Usuń
  20. Świetna recenzja! A książka nadal przede mną:)

    OdpowiedzUsuń
  21. Napisałaś rewelacyjną recenzję, taką od serca, a jednocześnie bardzo rzeczową. Również mi ta książka bardzo przypadła do gustu, jednak sama nie miałam punktu odniesienia, bo nie wyjeżdżałam nigdy do Anglii w celach zarobkowych. Dzięki połączeniu Twoich doświadczeń z tymi opisanymi w książce, udało Ci się stworzyć bardzo oryginalną recenzję:) Gratuluję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję pięknie Kornelio, tak to prawda miałam odniesienie, więc myślę, że było mi o wiele łatwiej:) Dziękuję pięknie za przemiłe słowa - bardzo wiele to dla mnie znaczy. Dzięki xx
      Wszystkie moje recenzje są oryginalne;D hehe

      Usuń
  22. Zapamiętam tę książkę :) Nie miałam o niej pojęcia a widzę, że warto ją poznać. Dzięki :)

    OdpowiedzUsuń
  23. Bardzo lubię takie książki, ta też z pewnością by mi się spodobała:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że tak - bardzo ciekawa lektura.

      Usuń
  24. Bardzo chętnie bym ją przeczytała. Miałam okazję czytać pewną pozycję, która obrazuje trochę odwrotny schemat tzn. opowiada o chłopaku z Anglii, który przyjeżdza do Polski i dziwi się na przykład takim zwyczajom jak noszenie kapci :) fajna sprawa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co, Kasiu - jakoś nie zwróciłam na to uwagi, ale jak mi tak mówisz, to rzeczywiście widziałam, ze moi znajomi chodzą po domach w butach, ewentualnie w skarpetach, lub jakiś innych trepko-gumofilcach:) Kapci totalnie u nich nie kojarzę! Szok!

      Usuń
  25. Nic dodać, nic ująć. Świetna recenzja obfitująca w szczegóły. Gratuluję zdobyczy w postaci autografu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję pięknie. Uwielbiam takie zdobycze.

      Usuń
  26. O książce jeszcze nie słyszałam, a że tematyka interesująca, poszukam na pewno. Zwłaszcza, że próbuję przekonać się ostatnio do polskich autorów :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli lubisz angielskie klimaty, to zachęcam:)

      Usuń
  27. Basiu, bardzo ciekawa recenzja. :)
    Fajnie jest czytać takie książki, w których znajduje się choć cień własnych wspomnień. Przyznaję, że nie spodziewałam się, że to może być taka ciekawa książka. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się ją przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawa recenzja, bo dla mnie ta książka była ciekawa, przez te moje własne odczucia. Nie wiem, czy miałabyś podobne odczucia, jeżeli nie byłaś w Anglii - tak czy siak potrafi ona przedstawić owo życie całkiem dokładnie.

      Usuń
  28. Podziwiam, że wytrzymałaś w Anglii 3 lata i 3 miesiące. Ja byłam tylko 3 tygodnie na kursie językowym i przez ten czas schudłam 3 kg...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dlaczego? Jedzenie trzeba znaleźć normalne - trzeba dobrze szukać, a sklepów polskich jest pełno, więc nie było problemu. Jakbyś była dłużej, to znalazłabyś "swoje" produkty. Wcale nie jest ciężko, jest nawet zabawne to poszukiwanie polskości:)

      Usuń
  29. Nigdy nie musiałam pracować za granicą. Nie wiem czy potrafiłabym sobie tam poradzić. Ale mój syn pracuje od lat już tyle, że nie w Anglii a w Dublinie, w Irlandii.
    On sobie radzi bardzo dobrze, ale zna język i jest raczej przebojowy.
    Twoja obszerna a świetna recenzja zachęciła mnie do przeczytania kiedyś tej książki. Recenzję podparta wspomnieniami czytałam z dużym zainteresowaniem.
    Wszystko co napisałaś o naszych rodakach to prawda.
    Jeżeli chodzi o wady naszego narodu to są one widoczne już w kraju. Tyle, że tu nikt się z nich nie śmieje. A szkoda, czasem warto by je wyśmiać to może zmienialibyśmy się na korzyść. Krzywe lustro byłoby wskazane co niektórym i to bardzo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, znajomość języka jest bardzo ważna, a co ciekawe nasze wyższe wykształcenie jest bardzo szanowane w UK. Dzięki znajomości języka i wykształceniu pracowałam dwa lata w biurze w Anglii i wspaniale wspominam tamte lata. Gdyby nie tęsknota, to pewnie byśmy nigdy z mężem nie wrócili.
      Tak te polskie wady są tam jeszcze bardziej dostrzegalne, wydają się wręcz wynaturzone i karykaturalne do bólu.

      Usuń
  30. Recenzja świetna nic dodać, nic ująć, autora nie czytałam jeszcze, ale nadrobię ;p

    OdpowiedzUsuń

Wasze uwagi są dla mnie cenne.
Dziękuję.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...